Już wczoraj, przed południem, kiedy leżałam pod oknem w pokoju
ciemnym i zielonym jak dno rzeki, słyszałam głos cukrówki. Pomyślałam wtedy, że
chciałabym, żeby mi kiedyś zaśpiewała, kiedy będę umierać. Myśl o cukrówce jak
najbardziej spontaniczna, bez patosu i stroszenia. Po prostu, wydało mi się, że
chciałabym ją wtedy usłyszeć. Niewiele dźwięków w ten sposób na nie mnie
działa.
Coś dziwnego jednak działo się z moim ciałem. Czułam, że
tracę siły. Zwykły ból, który potrafi zakraść się w taki dzień, w taka pogodę,
to nie to samo. Coś się działo nowego.
Wieczorem leżałam na tym samym łóżku z zapaleniem jednych z dróg
w moim ciele. Pęcherz musiał wtedy puchnąć jak bania. Coś stało na drodze i
blokowało przepływ. Po godzinie gorączka wypłynęła na te i inne wody. Białymi
plamami opanowała mi twarz, wysuszyła usta i kleiła takie historie w głowie, od
których dwoiły się ściany, zmieniały pory dnia i roku. Dotrwałam jednak do
rana.
W południe, w drodze do lekarza, na kamieniach starej jak
świat drogi, tuż przy domu zobaczyłam kota, który jeszcze kilka dni temu wpadł do
pokoju w dzikim szale (przez to samo okno, przez które słyszałam cukrówkę),
zobaczył mnie, chyba się zdziwił i jeszcze szybciej wrócił do ogródka. Teraz
leżał w brunatnej plamie. Zdziwiony, zaskoczony. Jak to się mogło tak szybko
stać. Przeważnie, z tym samym zdziwieniem zastygają ludzie.
Mój pęcherz nie pozwolił mi go pochować osobiście. Ale
trafił w dobre ręce i w dobre miejsce. Być może śpiewa mu teraz inna cukrówka,
w akacjowym lesie.
To już drugie zwierzę, które znalazłam martwe i którego krew
widziałam na własne oczy. Taka krew jest gęsta, ma swoją temperaturę i kilka
odcieni. Kiedyś w mieście, w drodze do pracy spotkałam na chodniku pod blokiem podobnie
leżącego gołębia. Kot jest duży, łatwiej go zobaczyć, ale gołąb to nie
maleństwo. Jednak nikt się nim nie zajął. Musiałam się spóźnić. Tamtą krew mam
nadal w głowie, bo to obraz nie do usunięcia z pamięci.
Tak więc znalazłam już na swojej drodze dwa martwe
zwierzęta. Nie przyniosły mi szczęścia. I myślę, że kot przebiegający przez drogę może przynieść
pecha, ale przede wszystkim sobie.
Teraz słucham tej melodii i czuję, jak dwie ostre rysy we
mnie powstałe po tych historiach żyją swoim życiem i jątrzą.
śmierć... ciężka z nią sprawa, nie lubię oglądać, ale zdarza się od czasu do czasu, nie tylko w kontekście zwierzęcym...
OdpowiedzUsuńOczywiście, ale wiesz, tutaj celowo "kontekst zwierzęcy" chciałam podkreślić...Mnie zwierzęta, ich los bardzo interesują.
OdpowiedzUsuń